Nigdy nie byłam dobra w szukaniu ubrań w second handach czy na bazarkach – to zupełnie nie moja bajka. Sam fakt noszenia takich ubrań mi nie przeszkadza, ale najpierw trzeba owe posiadać. Zazwyczaj jednak wystarczają mi popularne sieciówki i trochę inwencji twórczej oraz pomysłu. Ostatnio jednak co raz bardziej się na nich zawodzę i tak było też wczoraj. Niby wszystkiego mnóstwo w sklepach, idealne ubrania na chłodną jesień, ale mi coś nie pasuje. 

Widzę grube swetry z łatami – ok, akurat to bardzo mi się podoba. Botki, kożuchy, mokasyny też są w porządku. Nie mogę za to znieść długich, wełnianych (czy jakichkolwiek innych o tej długości) spódnic. Od zawsze na zawsze pozostanę wierna krótkim i nie wiem, kiedy się przekonam do innych. Wiem za to, że obecnie poszukiwania ładnej spódniczki czy sukienki będą dla mnie wyzwaniem. Podobnie jest ze spodniami – w każdym sklepie ten sam fason. Ten sam fason w tysiącach wydań – do tego taki, w którym wyglądam wyjątkowo niekorzystnie. Obecnie więc zadowalam się moim zasobami ubrań i czekam na coś, co mnie urzeknie.
Jakby tego było mało, z butami także mam problem. Niedawno zakupiłam śliczne mokasynki, ale są tak niewygodne, że po kilku godzinach chodzenia nie wytrzymuję. Mam tylko nadzieję, że się rozchodzą, bo inaczej byłoby mi szkoda. Chociaż i tak jesieni w takich butach nie przetrwam.
Powracając do sieciówek – albo jestem niewymiarowa, albo niekształtne worki jako sukienki są modne, albo wykonawcy się nie spisują. Tu odstaje, tam wisi, o zgrozo! Przynajmniej się wyżaliłam.
Za to w zeszłym tygodniu udało mi się upolować ciepły, oversize’owy sweter. Uwielbiam go, bo zmieszczę pod nim dosłownie wszystko i służy mi jako okrycie wierzchnie, chociaż chyba w parze z futerkową kamizelką należy do tych mniej praktycznych i zwracających uwagę. To prawdziwy i unikalny no name.